środa, 30 listopada 2016

Taksówką na porodówkę!


Ostatnio pisałam, że już nie mogę się doczekać przyjścia na świat mojej córki. 11 listopad, Narodowy Dzień Niepodległości był dniem przełomowym. Mąż w końcu objawił swoją męską postawę i wziął mnie na poważną rozmowę. Powiedział "uspokój się! będzie czas to wyjdzie, a twoje nerwy tylko jej szkodzą". Więc co mi pozostało? głęboki wdech i spokój, cisza, opanowanie. Obejrzałam filmy, przeczytałam zaległe blogi, nawet ciasto upiekłam! Byłam na tyle odprężona, że 12 listopada poszłam z mężem na obiad (w ostatnich dniach bardzo ciężko mnie wyciągnąć z domu). (Nie)świadoma poporodowej diety najadłam się za wszystkie czasy, jednak przesyt spowodował bóle brzucha. Powrót do domu był powrotem przez męki. Wymordowana leżałam kilka godzin na łóżku i czekałam, aż ból minie.
Czekałam i czekałam! 
W pewnym momencie zaczęłam liczyć, ponieważ bóle pojawiały się i znikały. Najpierw co 1,5 godziny, potem pojawiały się co 1 godzinę i już wtedy wiedziałam, że noc mamy z głowy. Wybiła północ, wykręciliśmy numer do położnej. Zalecenia? Kąpiel. Więc wskakuje do gorącej wody i siedzę w niej godzinę. Godzina 1 w nocy, wychodzę i czekam na skurcze, które ... nie nadchodzą! Nawet w wodzie mi się nie pojawiły. Smutek i rozczarowanie pojawiały się na mojej twarzy. A już myślałam, że to to!
Zrezygnowani położyliśmy się spać. Emocje powoli opadały. Jednak sen, który przyszedł bardzo szybko, szybko też się skończył. Dochodziła 4, a skurcze wróciły ze zdwojoną siłą i już wiedzieliśmy, że to będzie dziś. (Nie)cierpliwie zaczęliśmy notować "jakość" moich skurczy, częstotliwość oraz długość. Godzina 6 rano i znów wykonaliśmy telefon do położnej. Postanowienie? Widzimy się 7:30 w szpitalu. Czas wyjścia do szpitala dłużył nam się strasznie! Z tych emocji praktycznie wypakowaliśmy i ponownie spakowaliśmy walizki, sprawdziliśmy wszystkie dokumenty. O 7 zwarci i gotowi maszerowaliśmy z walizkami do samochodu. Kluczyk włożony do stacyjki i ... samochód nie pali! padł akumulator.
TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA!
Panika, zdenerwowanie, a następnie szybki telefon na taxi i 10 minut później jedziemy do szpitala, gdzie wpadliśmy z 20 minutowym opóźnieniem. Na szczęście położna jeszcze na nas czeka i od razu kierujemy się do gabinetu i robimy KTG. W końcu ciśnienie trochę opada, lecz tętno mojego maluszka skacze od 110 do 180. Godzinę później moje wyniki ogląda położna z lekarzem i się pytają: "Pani Joanno, chce Pani dziś urodzić?".
Pytanie bardzo ciekawe. Patrze się na męża, który nieświadomy tego co go czeka, odpowiadam: "TAK".
Podpisuje kilka papierków i jedziemy windą na 3 piętro. Ogromnym zaskoczeniem było to, że sale porodowe były praktycznie puste. Mogłam sobie wybrać "kolor" sali, więc z walizkami wparowaliśmy do morelowej. 10 minut później, w koszuli do porodu  i podłączonym KTG, spacerowałam po sali oczekując mocniejszych skurczy, które zwiększały się bardzo wolno. Mijała kolejna godzina, a w skurczach żadnych zmian. Dopiero podana oksytocyna zrobiła swoją robotę. Godzina 12 i skurcze wchodziły w odważniejszą fazę. Wylądowałam w wannie pełnej gorącej wody. W tle leciała cicha muzyka, a także tętno maluszka. Położna w końcu sprawdza sytuacje i stwierdza - 2 cm rozwarcia. Za wcześnie na znieczulenie. Od tej chwili co skurcz to naciska na mój brzuch, aby mała bardziej przesuwała się ku wyjściu. To wszystko sprawia, że robi się coraz trudniej, boleśniej, a ja mam wrażenie, że odpływam w inny świat. Zaczyna naprawdę boleć. Mija kolejna godzina. Mąż chodzi od ściany do ściany, co mnie niesamowicie denerwuje. Na dźwięk mojego głosu, a raczej na jego ton i rozkaz aby usiadł, aż leci na fotel, byle tylko mnie nie denerwować. Z moich ust wydobywa się tylko ryk i jestem pod wrażeniem, że jestem w stanie tak krzyczeć. Kiedy zaczynam błagać o znieczulenie, położna sprawdza szyjkę i mówi "8 cm".
Kurcze ...
Za późno na znieczulenie
Wszystko potem leci strasznie szybko. Położna wzywa lekarza informując, że "zaczynamy rodzić". Razem z mężem wyciągają mnie z wody i przenoszą na fotel. Ból dalej jest niesamowicie ogromny, jednak już nie zwracam na niego takiej uwagi jak wcześniej. Przy uchu słyszę spokojny głos mojego męża, w tle położna mówi "świetnie Asia", a zaraz pojawia się trzeci głos młodej Pani doktor, która chyba coś do mnie mówi. Pada hasło "widać główkę". Skupiam się na swoich resztkach sił i słyszę jedno "główka już wyszła, jeden skurcz i mała jest już z nami". W myślach modlę się o siłę, bo czuje, że odpływam. Nie panuje już nad tym, skurcz nadchodzi samoistnie, lekarka każe mi oddychać, ale nie przeć. Od tej chwili nie liczy się już nic. Na moim brzuchu czuje ciepło i już wiem, że mi się udało. Moja ręka drętwieje, ponieważ dziecko jest tak małe, że boje się je upuścić. Mąż co i raz spogląda na małą, mówi że jest śliczna, że otwiera oczka i że ma gęste włosy po mamusi. W końcu po nastu minutach, kiedy położna doprowadziła mnie do porządku stwierdzam, że to co mówił jest prawdą. Spod zestawu 5 pieluch tetrowych wystawała czarna czupryna, a jeszcze niżej znajdowały się czarne wielkie oczy. Ten pierwszy moment, kiedy obydwie się na siebie patrzymy, jest niesamowity. Już wiem, że wszystko się zmieniło. 
Myślałam że będzie gorzej! 
Poważnie!
Tyle się nasłuchałam, tyle naczytałam. 
Że poród trwa czasem 20 godzin, że nie dają znieczulenia lub że za znieczulenie trzeba płacić. 
Że w szpitalach nie ma piłek, że nie ma wanien, drabinek.
Że lekarze są nie mili, że położne nie pomagają.
Tyle się nasłuchałam, że zamiast myśleć o tym, żeby dziecko urodzić zdrowe, ja martwiłam się tym, jak bardzo mnie będzie boleć i czy ktoś mi coś pomoże, bo przecież ja nie mam zielonego pojęcia o porodzie. 
Może to sprawiło, że z mężem zdecydowaliśmy się na prywatną położną.
Czy było warto?
Zależy jak na to spojrzeć. Z jednej strony to koszt, z drugiej wygoda, bezpieczeństwo i pewność dostania się do wybranej placówki. A może napiszę wprost: szpital w którym chciałam rodzić jest strasznie oblegany. Gdy wchodziłam na izbę przyjęć, praktycznie wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Kolejka do KTG, lekarza ogromna, a ja chodziłam tylko za położną i wszystko miałam robione od ręki. To jest trochę brutalne, lecz mam wrażenie, że w Polsce za wygodę, za "lepsze" traktowanie się płaci. Osobiście nie wierzę w NFZ i żadne zmiany nie spowodują lepszego traktowania pacjentów, dlatego postanowiliśmy wykupić położną. Czy żałujemy tych pieniędzy? absolutnie nie! Ponieważ mamy to, na co tak długo czekaliśmy!
Naszego małego Zuziaka!

19 komentarzy:

  1. Dzień dobry, śliczny Zuziaku! Witaj na tym najlepszym ze światów! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Slodziak dużo zdrówka dla małej królewny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niesamowita historia! Gratuluje pociechy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. przepiękna drobinka :) gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaki kochany maluszek! Mój poród również nie był tak straszny, jak wszyscy o porodach mówią. Co do opłacenia położnej - powiem tak, ja chodziłam całą ciążę, co 2-3 tygodnie prywatnie do ginekologa, leżałam 2 razy w szptalu gdzie pracuje, na porodówce opiekę miałam super. Cieszę się, że rodziłam w tym szpitalu, gdzie pracuje moja pani doktor, trafiłam na jej dyżur przy porodzie więc jeszcze lepiej :) Troszkę odczułam, że byłam inaczej traktowana niż pozostałe pacjentki na oddziale, ale może to tylko moje prywatne odczucia? Mimo wszystko sama rozważałam możliwość opłacenia położnej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie wybór był tak naprawde jeden, albo położna albo prywatnie lekarz. Wybraliśmy położną i się udało :) nie wiem czy nie mając położnej urodziłabym w tym szpitalu, ale najwazniejsze ze sie udalo :)

      Usuń
  6. Ten szpital to pewnie św Zofia w Warszawie? No cóż, najgorsze co można robić ciężarnej to opowiadać jej straszne historie z porodówki, albo mówić jej "No, teraz to Ci się zacznie. Zobaczysz jak dziecko Ci życie przewróci..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, św Zofia :)
      fakt, opowieści o dzieciach też słyszałam i zobaczymy jak to będzie ;)

      Usuń
  7. pięknie opisana historia, tak prawdziwie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Gratulacje i dużo zdrówka dla Was <3 Czekają Was niesamowite chwile razem ;*

    OdpowiedzUsuń
  9. fajna historia:)śliczna córeczka i faktycznie nie ma co słuchać i sie nakręcać, sama też opisałam swój poród.

    OdpowiedzUsuń
  10. I znów ten sam scenariusz: wszyscy mówią jak to jest źle, nieprzyjemnie, drogo itp., a Ty osobiście przekonujesz się że jest inaczej 😊

    OdpowiedzUsuń
  11. Te wspomnienia zostaną z Wami na zawsze :) Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
  12. Rodziłyśmy w tym samym szpitalu:)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli spodobał Ci się ten wpis zapraszam na stronę bloga na Facebooku i zachęcam do polubienia Fanpage'u. W ten sposób na bieżąco będziesz dostawać informacje o kolejnych ciekawych postach! Znajdziesz mnie również na Instagramie.